niedziela, 25 maja 2014

Rozdział II

Słyszeliście może kiedyś takie powiedzenie, że co nas nie zabije, to nas wzmocni? Znając życie pewnie wymyślił je ktoś, kogo omal nie zabił katar sienny albo coś w tym stylu. 
Tak naprawę to, co nas nie zabije, to nie wzmocni, tylko po prostu rozpierdoli psychicznie, a ja niestety przekonałam się o tym na własnej skórze. 

Kiedy obudziłam się w samochodzie, wciśnięta pomiędzy Scotta i Davida wszystko jeszcze było dobrze. Mantikora została zgładzona przez Alexandra i Elisabeth, a Dave i Taylor w tym czasie przenieśli nas bezpiecznie do samochodu. Jeszcze nikt nie wiedział wtedy, że była to specjalna mantikora, która która odradza się raz na tysiąc lat a której jad powoduje powolne umieranie połączone ze strasznymi mękami i halucynacjami, a jedyne lekarstwo to pestki granatu z ogrodu Persefony. 
Gdzieś tak w połowie drogi, kiedy ja zdążyłam już opowiedzieć wszystkim, co nas spotkało, Scott obudził się i zaczął kaszleć krwią. Nie martwiliśmy się, bo Dave powiedział, że, pewnie po prostu od upadku obiły mu się płuca i po kilku dniach powinno mu to przejść. 
Nie brzmiało to zbyt wiarygodnie i teraz jak o tym myślę jestem prawie pewna, że mówił tak tylko po to, żebym się nie martwiła, ale Dave jest specjalistą od wszelkich możliwych chorób i ran (raz nawet udało złamać mu się nogę 7 miejscach, gdy spadł z klifu do morza, walcząc z minotaurem), więc postanowiłam mu zaufać. 
Może wydać wam się to trochę dziwne, że w tak ważnej dla mnie kwestii jak życie brata, bo jakby nie patrzeć, Scott jest dla mnie jak brat, zaufałam człowiekowi którego znam dopiero od kilku (może kilkunastu, bo tutaj czas płynie inaczej) godzin, ale dla mnie dziwne jest to, jak można by mu nie zaufać. 
Chociaż Dave jest synem Fobosa, określenie 'straszny' wogóle do niego nie pasuje. Już bardziej można o nim powiedzieć, że jest słodki, zabawny, uroczy - wszystko, tylko nie straszny. 
Może dlatego, że da się bać kogoś, kto jest mojego wzrostu (a ja do najwyższych nie należę), ma wielkie, niewinne, piwne oczy, zupełnie jak Bambi, zadarty nos, kilka uroczych piegów  i zawsze się uśmiecha, choćby nie wiadomo co się działo, a może dlatego, że jest takim słodkim nieogarem. Po prostu ma w sobie coś, co sprawia, że nie da się go nie lubić i nabiera się do niego zaufania w chwili, gdy tylko uśmiechnie się tym swoim uroczym uśmiechem lub otworzy usta, żeby coś powiedzieć. 
Pewnie właśnie dlatego ojciec się do niego nie przyznaje, co jakoś mu nie przeszkadza. 

Przez kolejne pół godziny nic się nie działo. Ja pisałam, Scott zmęczony walką spał z głową na moich kolanach (a ponieważ od czasu do czasu odkaszlał krwią, sami się domyślcie, jak teraz wyglądam), Dave czytał mi przez ramię, Elisabeth siedziała z przodu i flirtowała z Alexandrem, a Taylor słuchał muzyki na słuchawkach, patrząc na nich z zazdrością. Później jednak wszystko zaczęło się psuć. 
Na drogę wyskoczył jakiś wielki, kudłaty czarny pies, z jarzącymi się na czerwono oczami. Gdyby nie to, że wszyscy go widzieli, byłabym prawie pewna, że mam halucynacje. To przecież nie mogła być prawda, prawda? 
Niestety, było to najprawdziwsza prawda, a ja przekonałam się o tym już w chwili, gdy samochód został zepchnięty z drogi i wywrócony do góry nogami, a ja uwięziona pod kawałkiem blachy, trzymającej moje nogi i unieruchamiając dolną część ciała. 
Zaczęłam wrzeszczeć o pomoc, próbując powstrzymać napływające mi do oczu łzy, jednak było to wyjątkowo trudne, bo metal boleśnie wbijał mi się w uda. Ciemność i wydobywający się z samochodu dym czarny też nie pomagały. 
Nagle poczułam, jak coś łapie mnie za kaptur bluzy i wyciąga z samochodu. Poczułam rozdziarający ból w nogach, tam gdzie poprzednio blacha wbijała mi się skórę, jednak wszystko było lepsze od przebywania w tamtym klaustrofobicznym miejscu. 
Moja radość nie trwała jednak długo, a mówiąc długo mam na myśli więcej niż kilka sekund. Dokładnie po takim czasie, gdy tylko wzięłam głęboki oddech, zaczął do mnie docierać okropny smród gnijacego mięsa. 
Czyli nasz potworek najwyraźniej trzymał mnie w zębach. 
- Możesz mnie łaskawie puścić, ty maszkaro jedna?! - krzyknęłam w przestrzeń, bezskutecznie próbując się wyszarpać. - Albo błagam, przynajmniej raz na jakiś czas zęby umyj, bo zanim zdążysz mnie zjeść, z niedotlenienia umrę! Niech ktoś mi wreszcie pomoże. 
- Już księżniczko, już ci pomagan - usłyszałam głos Davida, który z trudem powstrzymywał się od śmiechu. A zaraz potem ciął mieczem. 
Potwór, który mnie trzymał rozsypał się w złocisty pył, a ja sama spadłam na twardy chodnik, obcierając sobie przy okazji łokcie i kolana. 
- Nic ci nie jest? - Dave podbiegł do mnie i delikatnie podniósł, pomagając wstać. 
- Nie, chyba nie, a co? - uśmiechnęłam się, lekko zażenowana. Oczywiście nikomu innemu oprócz mnie nic się nie stało, tylko ja musiałam coś sobie zrobić. 
- Na pewno wszystko w porządku? Krew spływa ci po twarzy - odpowiedział mi takim samym uśmiechem, przesuwając kciukiem po moim policzku i zmazując krew. - To chyba tylko niewielkie zadrapanie, powinno być w porządku. 
- A pozostali? Scott..? - mój głos się załamał. Chociaż nie chciałam tego przyznać, bardzo martwiłam się o przyjaciela.  
- Niestety - Dave zrobił autentycznie smutną minkę i spuścił wzrok. 
- Co mu się stało? Czy on..? - spuściłam głowę, a po moich policzkach zaczęły spływać słone łzy, powodując nieprzyjemnie pieczenie, w miejscu, gdzie stykały się z raną. 
- Nie, spokojnie, nic mu się nie stało, po prostu chciałem cię nastraszyć - Dave również płakał, tylko ze śmiechu. - Wyglądasz na twardzielkę, chciałem więc sprawdzić, czy to prawda i okazało się, że jednak nie.  - uśmiechnął się chytrze. - Często tak płaczesz? 
- Głupi jesteś! - walnęłam go łokciem w żebra, sama też prawie płacząc z poczucia ulgi. - Tylko podczas oglądania Króla Lwa, gdy Mufasa umiera, ale o tym wie tylko Scott i tak ma pozostać - spojrzałam na niego wyzywająco, spodziewając się drwiny, jednak on tylko uśmiechnął się i poczochrał mnie po i tak już rozczochranych włosach. Jego uśmiech jednak szybko znikł, gdy zobaczył coś, a raczej kogoś, kto zbliżał się do nas, ledwo powłócząc nogami i co jakiś czas zatrzymując się, aby wyrzygać około litra krwi. Postać była wysoka i szczupła, miała ciemniejszą karnację, czarne włosy i oczy w kolorze gorzkiej czekolady. Podarta koszula w kratkę pobrudzona była krwią i ropą, wypływającą z otwartej rany na brzuchu. Chociaż szła zgarbiona, trzymając jedną rękę przy ustach, starając się powstrzymać wymioty, a drugą uciekając ranę, od razu rozpoznałam w niej pewnego młodego chłopca z potwornym ADHD. 
Zaczęłam płakać, wrzeszczeć i okładać pięściami Davida, który chyba chciał mnie trochę uspokoić, tak, jednak nic nie skutkowało. Nie byłam w stanie być spokojna, gdy człowiek bliższy mi nawet niż brat wykrwawiał się na moich oczach, rzygającą krwią i ropą.
W końcu chyba musieli dać mi coś na uspokojenie, bo nie pamiętam nic aż do momentu, gdy znalazłam się tutaj, w obozie, siedząc przy łóżku Scotta. Tam dziewczyna o imieniu Annabeth, podobno córka Ateny, opowiedziała mi wszystko o specjalnych mantikorach, ich morderczym jadzie i jedynem antidotum. Już prawie zaczynałam ją lubić, jednak wtedy usmiechnęła się smutno i powiedziała, patrząc z litością na bladego, kaszlacego krwią Scotta, że mogę się już z nim pożegnać, bo wyprawa do Podziemia jest czystym szaleństwem. Szczególnie, że jestem niedoświadczona i sama po drodze zginę, a do tego nie może dopuścić, bo trzeba ograniczać straty w ludziach. Jakby to były jakieś zasoby czy coś... No normalnie myślałam, że jej przyleję!
- To jest, cholera jasna, mój brat! - warknęłam, jednak mój wyraz twarzy złagodniał, gdy spojrzałam na Scotta. Kocham go z całego serca, razem dorastaliśmy i chociaż nie łącza nas więzy krwi, jesteśmy sobie bliżsi, niż gdybyśmy byli prawdziwym rodzeństwem. - Nie mogę pozwolić mu umrzeć, tylko dlatego, że ty chcesz ograniczyć zasoby ludzkie! 
- Pragnę tylko przypomnieć, że on nie jest twoim bratem. Jak tylko dotarliście do obozu, do ciebie przyznała się Nike, bogini zwycięstwa, a do Scotta Zelos, bóg współzawodnictwa - powiedziała ze spokojem. - Nie jesteście nawet rodzeństwem. 
Tego już było za wiele. Z czymś pomiędzy szlochem a dzikim rykiem rzuciłam się na nią z pięściami, powalając ją pięknym prawym sierpowym. Ona też nie była mi dłużna i już po chwili turlałyśmy się po podłodze, tłukąc się jak zawodowi kick-boxerzy.
Wydaje mi się, że szanse były w miarę wyrównane - Annabeth była starsza o kilka lat, większa, silniejsza i miała za sobą trening herosa, jednak ja byłam zwinniejsza, a lata w szkolnej reprezentacji lekkoatletycznej i doświadczenie w tego typu bójkach (mogę się założyć, że córka Ateny nigdy nie walczyła czymś innym niż sztyletem) działały na moją korzyść. Nie wiem, jak to by się skończyło, gdyby nagle ktoś nie złapał mnie za ramiona i podciągnął do tyłu. Po drugiej stronie inny ktoś zrobił tak samo z Annabeth. 
- Zostaw mnie, pacanie jeden! - warknęłam, próbując wyrwać się Davidowi, który, jak się okazało, przez cały czas podsłuchiwał przez drzwi, spodziewając się takiej sytuacji. - Możesz się łaskawie nie wtrącać w nie swoje sprawy? 
- Spokojnie, księżniczko, po prostu nie chciałem, żebyś mi tu rozerwała Annabeth na strzępy - posłał mi wymuszony uśmiech, cały czas mierząc córkę Ateny, która w chwili obecnej znajdowała się w ramionach drugiego ktosia, złowrogim spojrzeniem.
- Wyluzuj Dave, Ann nie jest aż taka beznadziejna w bijatykach - drugi ktoś wybuchnął śmiechem, wypuszczając Annabeth z ramion, na co ta zareagowała cichym parsknięciem i podając mi rękę. - Jestem Percy Jackson, syn Posejdona i chłopak tej tutaj obecnej córki Ateny. I muszę przyznać, że bijesz się lepiej niż nie jeden chłopak. 
- Dzięki - burknęłam, również podając mu rękę. - Jacqueline McCall, córka Nike i siostra tego tutaj obecnego Scotta, którego twoja dziewczyna ma zamiar poświecić, aby oszczędzić kapitał ludzki czy coś w tym stylu. 
- Co? - drugi ktoś alias Percy Jackson, syn Posejdona spojrzał na córkę Ateny z widocznym przerażeniem. - Uważasz, że jak ktoś ma małe szanse na przeżycie, to należy go poświecić? Trzeba od razu zorganizować misję do Hadesu, może Nico pomoże i... 
- Percy! - dziewczyna przerwała mu gwałtownie. - Nie ma szans na przeżycie. Żadnych. 
- I nic, ale to absolutnie nic nie da się zrobić? - spojrzałam na nią z mordem w oczach, jakbym rzeczywiście chciała ją zabić (i uwierzcie mi, że chciałam, tylko Dave mnie przytrzymał). 
- Umrze w ciągu kilku następnych dni - spojrzała na mnie smutno. - Przykro mi. 
Widać było, że wcale nie jest jej przykro, ale ze względu na Perciego starała się chociaż udawać. Ale ja wiedziałam swoje, Scott przeżyje, jeśli tylko da się mu lekarstwo, więc muszę mu je dostarczyć. 
No bo jeśli on umrze, to kto będzie sie mną opiekował i robił mi kanapki z szynką i jabłkiem? Ej, ludzie, to jest naprawde dobre! A Scott robi najlepsze kanapki z szynką i jabłkiem na świecie! Ja bez niego nie przeżyje więcej, niż kilka godzin! 
No więc sami widzicie, muszę go uratować, wszystko jedno, co sobie myśli Annabeth. Jestem w końcu córką bogini zwycięstwa, co może pójść nie tak? 
~~~~~
Oto przed wami, po trochę długiej przerwie, nowy rozdział tego opowiadania :) Wiem, że trochę pogmatwany i dalej nie wyjaśniłam, kim są Alexander, Elisabeth i Taylor, ale wyjaśnię to w najbliższych rozdzialach ;) I oczywiście musiał być jeszcze musiałam dodać Perciego Jacksona alias drugiego ktosia, głupia Annabeth i (wspomniany) Nico :3
Mam nadzieje, że wam się spodoba i zapraszam do czytania i komentowania ;*

środa, 7 maja 2014

Rozdział I

Teraz, kiedy już się mniej więcej przedstawiłam, a żadny potwór (oprócz leżącego mi na kolanach Scotta, który ślini się przez sen) nie chce zrobić mi krzywdy, mogę opowiedzieć, jak to się stało, że pan Bob Walker, nasz nauczyciel matematyki, chciał nas zabić. Nie jest to jakaś specjalnie interesująca historia, chyba że bawi was moja głupota, ale jest niezwykle ważna część naszego życia, więc radzę to przeczytać, bo inaczej możecie mieć spore braki i nie wiedzieć o co chodzi. A jak mówi siedzący obok mnie Dave, któremu już zdążyłam to wszystko opowiedzieć, moja głupota nie jest aż taka zła, gdy nie przebywa się ze mną w jednym pomieszczeniu. 

No więc ten dzień zaczął się normalnie, jak każdy normalny dzień w szkole. Obudziłam się wcześnie, czyli tak około 9 (naprawde, jak na mnie to bardzo wcześnie, szczególnie, że do szkoły miałam na 10) i rozejrzałam się po pokoju. Spoko, jak na mnie to nawet był tam nawet porządek. No bo porozrzucane po pokoju ubrania, kosmetyki, książki i czasopisma nie zaliczają się do bałaganu, prawda? Pozbierałam z dywanu podręczniki na dzisiaj, wrzuciłam je do plecaka i zeszłam na śniadanie w mojej cudownej piżamce w małe nieroperki. Chociaż nie miałam dzisiaj pierwszej lekcji, bo normalnie zaczynam o 9, i tak wolałam wstać wcześniej, bo byłam zbyt leniwa, żeby potem samemu zrobić sobie śniadanie. Wchodzę więc do kuchni, a tam co? 
Taty znowu nie ma, a przy stole siedzi sobie Scott i najzwyczajniej w świecie zajada płatki z mlekiem. 
- Scott, lamusie, co ty tu robisz? - podbiegłam do niego i trzepnęłam w głowę. - Dlaczego zjadłeś całe czekoladowe płatki? Teraz będę musiała zjeść te owsiane, a sam wiesz, że smakują one jak trociny, którymi wyściela się klatkę dla chomika! 
- Mi również bardzo miło panienkę widzieć, panienko Jaqueline - Scott pokłonił się z udawanym dostojeństwem i podał mi drugą porcję płatków, na szczęście również czekoladowych, bo nie wiem, co bym zrobiła. - Panienki ojciec znowu wyjechał i nakazał mi, żebym rano wpadł do panienki i ją obudził, bo inaczej panienka nie raczy podnieść swej wielmożnej dupy z łóżka i wstać do szkoły. Ach, zapomniałbym jeszcze przekazać, że ma panienka uroczą piżamkę. 
- Och, odczep się już z tą panienką - mruknęłam i walnęłam go pięścią w ramię, co Scott skwitował krótkim parsknięciem. Chociaż on ciągle wkurzał mnie, a ja ciągle wkurzałam jego, nie umieliśmy bez siebie przeżyć. Byliśmy nierozłączni, więc jeśli któregoś z nas nie było, to znaczyło, że jest chore. 
Scott jest przystojnym, starszym ode mnie o rok chłopakiem, z pięknymi, prawie czarnymi oczami, czarnymi włosami i śniadą cerą. Jest wysoki, szczupły i całkiem nieźle umięśniony, bo gra w szkolnej drużynie koszykówki. 
Chociaż wszystkie dziewczyny w szkole uważają go za "niezłe ciacho", ja nie mogę myślec o nim inaczej niż o przyjacielu, on o mnie tak samo. Po prostu za długo się znamy i zgodnie stwierdziliśmy, że nie moglibyśmy chodzić z kimś, z kim w wieku 5 lat kąpaliśmy się w jednej wannie. 
Kiedy wreszcie zjedliśmy śniadanie, przy okazji cały czas nawalając się kawałkami skórki od tostów, zorientowałam się, że do przyjazdu szkolnego autobusu zostało mi tylko 20 minut, co było czasem prawie niemożliwym do wyszykowania się. 
Błyskawicznie pobiegłam na górę, wzięłam szybki prysznic i ubrałam się w pierwsze wyciągnięte z szafy na chybił trafił ubrania, czyli zwykłą białą bluzkę na długi rękaw, czarne rurki i za dużą, zapinaną na zamek, czerwoną bluzę z kapturem, która, jakżeby inaczej, należała wcześniej do Scotta, ale z niej wyrósł. Dopiero gdy byłam ubrana, stanęłam przed lustrem, z zamiarem rozczesania włosów. 
Moje włosy są piękne, tak samo jak cała reszta mojej cudownej osoby. Są długie, jedwabiste, idealnie proste i kruczoczarne. Tak samo jak piękne niebieskie oczy, idealnie biała cerę, czerwone usta i ogolnie wyglądam jak cudowna współczesna wersja Królewny Śnieżki, którą wszyscy kochają. 
David siedzący obok mnie na siedzeniu i czyta mi przez ramię dosłownie popłakał się ze śmiechu (z dwojga złego lepiej tą stroną, no nie?), czytając to co napisałam. Mówi, żebym nie marudziła, bo takich ideałów nie ma, a ja też jestem ładna, taka jaka jestem. 
Taaa, chciałoby się. Więc jak wyglądam naprawdę? 
Naprawdę też nie jestem jakoś bardzo brzydka, (chyba). Mam długie (trochę za łopatki, ale dla mnie to są długie), lekko falowane czekoladowe włosy z kilkoma jasniejszymi pasemkami od słońca, ogromne czekoladowe oczy o migdałowym kształcie, drobny nos, pełne usta i wysoko położone, wydatne kości policzkowe. 
Wiem, że po opisie można sądzić, że jestem jakąś idealną pięknością, albo coś, ale niestety, to tylko opis. W rzeczywistości jest naprawdę o wiele gorzej i zdaniem wielu ludzi, wyglądam jak jakiś menel. 
Dave oczywiście śmieje się ze mnie, że przesadzam, ale ja wiem swoje. Bo jeśli byłoby inaczej, to czemu w drodze do szkoły zaczepił mnie jakiś bezdomny, witając się ze mną, a Scottowi, ubranemu ciemnoniebieskie dżinsy i koszulę w kratkę posłał nienawistne spojrzenie? 
Przez to i kilka innych przypadkowych zdarzeń, takich jak między innymi uciekający autobus, spóźniłas się na pierwszą lekcję, czyli matematykę z profesorem Bobem Walkerem. 

Zapukałam do drzwi i słysząc sarkastyczne 'prosze' (skąd on wiedział, że to ja, jest jasnowidzem czy co?), otworzyłam drzwi. 
- Och, kogo my tu mamy, nasza ukochana panna McCall - jego głos aż ociekał sarkazmem. 
- Taaa, też się cieszę, że pana widzę - wymownie przewróciłam oczami i z cichym westchnięciem opadłam na swoje miejsce. 
- No cóż, jest pani spóźniona 16 minut, a można wejść na lekcję do 15 minut spóźnienia - uśmiechnął się szelmowsko, patrząc na zegarek. Stłumiłam w sobie ciętą ripostę, że matematyk powinien umieć prawidłowo odczytywać zegarek, nie chciałam mieć jeszcze większych kłopotów. Zamiast tego tylko wzruszyłem ramionami. 
- No cóż, jestem pewna, że gdy przed chwilą patrzyłam na zegarek byłam spóźniona tylko 13 minut, jeśli jednak pan uważa inaczej, panie profesorze, mogę zaraz wyjść - mój głos aż ociekał sztuczną słodyczą. 
- Ależ nie, panno McCall, jak pani już tu jest, to niech pani zostanie, nie zmienia to jednak faktu, że i tak ma pani nieobecność. 
Spojrzałam na niego pełnym nienawiści wzrokiem i wyjęłam z plecaka książki. 
Spoko, skoro i tak mam nieobecność, to mogę się lenić. Całkowicie ignorując nauczyciela gadającego coś o jednomianach, wyciągnęłam z kieszeni iPoda i słuchawki i przymknęłam powieki, całkowicie oddając się muzyce.
Nagle wyczułam że coś jest nie tak. Delikatnie otworzyłam oczy, by spojrzeć prosto w czerwoną z gniewu twarz wkurzonego Walkera. 
- McCall! Dość! Mam tego absolutnie dość! Jak ty się zachowujesz?! Nieuważa, słucha muzyki a do tego podśpiewuje na lekcji matematyki! I jeszcze jak okropnie fałszuje! Dość już tego wszystkiego! Dostajesz uwagę! 
Przeciągnęłam się leniwie i wyciągnęłam słuchawki w uszu, cały czas bezczelnie patrząc się w twarz nauczyciela. 
- A jak ma pan zamiar wyjaśnić moim rodzicom, że dostałam uwagę na lecji, na której mnie nie było? 
Walker, cały czerwony na twarzy, otwierał i zamykał usta, jak ryba, którą ktoś wyjął z wody. Po prostu go zatkało. 
Po chwili rozbrzmiał dzwonek na przerwę, więc szybko zgarnęłam swoje rzeczy, z zamiarem wybiegnięcia z klasy i ucieczki na korytarz. Niestety, mój plan nie wypalił, jak zwykle zresztą. Tuż przy samych drzwiach zatrzymał Walker położył mi dłoń na ramieniu, skutecznie uniemożliwiając ucieczkę. 
- Chwileczkę, McCall, ty zostajesz - syknął mi do ucha, wbijając paznokcie w ramię. - Martin, ty również. Chcę z wami przez chwilkę porozmawiać - uśmiechnął się demonicznie. 
- Czy może mnie pan łaskawie puścić, do cholery? - strąciłam jego rękę z ramienia i cofnęłam się lekko, żeby znaleźć się poza zasięgiem jego ręki, lecz gdy ponownie na niego spojrzałam, przeżyłam lekki szok. 
W miejscu, gdzie przed chwilą stał nauczyciel, było teraz coś strasznego. Walker zamienił się w ogromnego potwora o ciele lwa, z nietoperzowymi skrzydłami i kolcem jadowym skorpiona. Trochę wstyd się przyznać, ale byłam przerażona. 
Melissa, mama Scotta wcześniej opowiadała nam trochę o bogach i herosach, jednak byłam pewna, że to tylko bajki! Naprawdę nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. 
- Jackie, szybko, uciekaj! - usłyszałam za sobą krzyk przyjaciela, więc posłusznie schowałam się w łazience, wyjęłam pamiętnik i zaczęłam pisać. Jeśli przez ten cały czas nie potrzebowałam psychologa, to chyba tylko dzięki pisaniu.  
Nagle usłyszałam jakiś syk i stłumiony okrzyk Scotta.
- Daj mi Córkę Zwycięstwa! - zawył potwór. 
- Spierdajaj - odpowiedział Scott, odpluwając krwią. Pózniej jeszcze jeden okrzyk. I jeszcze jeden. Wszystko odbywało się tuż przy drzwiach do łazienki, w której ja byłam schowana. 
Pieprzyć to, pomyślałam i z dzikim wrzaskiem wybiegłam z łazienki, ściskając w ręce nóż sprężynowy, który kiedyś dał mi tata, ze słowami, że będę wiedziała, kiedy go użyć. Cóż, teraz nie byłam pewna absolutnie niczego, ale stwierdziłam, że użycie go, to wcale nie taki zły pomysł. Taa, szkoda tylko, że w życiu nie używałam nic ostrzejszego, od tępych nożyczek z zaokrąglonymi końcami, bo nawet chleba nie umiałam sobie sama ukroić, bez odkrojenia sobie palców. 
Na nieszczęście (albo może na szczęście, sama nie wiem) mam ADHD, które w tej konkretnej sytuacji bardzo się  przydało. Zamiast patrzeć się bez sensu na potwora i czekając aż mnie zje, po prostu kliknąłem jedyny znajdujący się na nożu przycisk, co poskutkowało wysunięciem sie ostrza. 
Nie było to jednak ostrze noża. Teraz w ręce trzymałam piękny około metrowy dwusieczny miecz, z rękojeścią w kształcie anielskich skrzydeł. Z miejsca go pokochałam. 
Mantikora chyba przestraszyła się broni, a przynajmniej ja tak uważam, bo Dave twierdzi, że przestraszyła się jego, Alexandra, Taylora i Elisabeth, którzy właśnie przybyli nam na odsiecz, bo wyskoczył przez okno i uciekł. Dokładnie w tym momencie potknęłam się o własne nogi i walnęłam głowa kant ławki, przy okazji tracąc przytomność. 
Pózniej, kiedy się obudziłam, byłam już w samochodzie, w drodze do miejsca zwanego Obozem Herosów. 
No dobra, muszę już przestać pisać, bo właśnie dojechaliśmy na miejsce i wszyscy się na mnie wkurzają, że tak długo się zbieram. 
No dobra już dobra, już idę! Nie musicie od razu mi grozić! 
Więc, moi kochani czytelnicy, ciąg dalszy nastąpi... 
~~~~~ 
Oto pierwszy rozdział, o którym zupełnie nie mam zdania :/ Pozostawiam go więc do waszej oceny :3

piątek, 2 maja 2014

Prolog

Może na początek mam opowiedzieć coś o sobie, skoro już i tak spędzimy tu ze sobą ładny kawał czasu? Scott kiwa mi głową, że tak, więc chyba tak zrobię, oczywiście zaraz po przywaleniu mu za to, że mówi mi co mam robić, chociaż sama się go o to pytałam. 
Okey, przywalenie Scottowi już odhaczone (teraz biedak rozciera sobie bolące ramię i patrzy na mnie ze złością), więc mogę zaczynać. 
Nazywam się Jacqueline McCall, chociaż wszyscy mówią na mnie Jackie, bo absolutnie nie trawię tego imienia, mam 16 lat, a moim ojciec jest Kyle McCall, agent FBI, którego bardzo często nie ma w domu, bo jeździ na te swoje wszystkie "misje", łapie przestępców, rozwiązuje zagadki kryminalne i te sprawy. Na początku byłam na niego zła i robiłam mu wielkie awantury z krzykiem i płaczem, że sam sobie gdzieś jedzie a mnie zostawia z jakimiś popapranymi opiekunkami, które nawet nie potrafią wygrać ze mną w najprostszą grę, taką jak UNO albo Piotruś, pózniej jednak zaczęłam to doceniać. Pewnie ciekawi was,  dlaczego, a nawet jak was nie ciekawi to i tak wam powiem. Otóż pózniej, gdy 38 razy pod rząd wygrałam w szachy z jakąś mistrzynią Europy, co zaprowadziło ją do psychiatryka, ojciec po prostu zaprowadził mnie do sąsiadów, z ogromną prośbą, aby się mną zajęli. 
Właśnie Scott był dzieckiem sąsiadów, które otworzyło nam drzwi, bo jego mama była zajęta krojeniem marchewek na zupę. Powiedział, że nie ma problemu, że mogę u nich zostać, bo wyglądam bardzo miło i na pewno nie będę sprawiać kłopotów. Teraz najprawdopodobniej tego żałuje. Chociaż może jednak nie, bo od tego czasu jest moim najlepszym przyjacielem. 
Na pewno powinnam opowiedzieć wam o nim i ogolnie o moim życiu trochę więcej, żebyśmy mogli jakoś lepiej się poznać, niestety, teraz nie mam na to absolutnie czasu, ani warunków, bo wielka mantikora, która jeszcze przed chwilą była moim nauczycielem matematyki, dobija mi się do drzwi łazienki, a Scott wrzeszczy, że jak zaraz nie przestanę pisać i stąd nie wyjdę, on sam mnie zabije i poda potworowi na obiad. 
Taa, nie ma to jak pisać pamiętnik, podczas gdy twój najlepszy przyjaciel próbuje unieszkodliwić wielkiego, strasznego potwora... 
No trudno, Scott sobie poradzi, jak zawsze, a nawet jak nie i potwór go zeżre, to pójdę do Hadesu i wycyganię jego duszę od boga umarłych. Pózniej oczywiście będę mu to wypominać, że przez jego nieudacznictwo musiałam ruszyć dupę i zejść na dół, do podziemia, bo potwór go zabił. Na szczęście Scott mnie uwielbia, bo nie wiem, co by zrobił, gdyby mnie nie lubił. Pewnie sama już od dawna tkwiłabym w zadupiach, przepraszam, otchłaniach Hadesu, najprawdopodobniej na równinie kar, bo dobrym człowiek to raczej nie jestem. 
No ale odbiegam od tematu. 
Pewnie nie za bardzo ogarniacie, o co w tym wszystkim chodzi, no bo bogowie, potwory, zadupia Hadesu... Tak, wcale niczego nie brałam, to wszystko naprawde istnieje. A ja, niestety, jestem częścią tego świata - półboginią, córką Nike (oczywiście chodzi o grecką boginię zwycięstwa, a nie firmę butów), a wy przez najbliższy czas, dopóki coś mnie nie zabije i nie zeżre, będziecie czytali mój pamiętnik. 
~~~~~
Ta-da-da-dam! Oto przed państwem prolog mojego nowego opowiadania o herosach :) Z nowymi bohaterami, nowymi przepowiedniami i nowymi misjami ;)
Mam nadzieje, że wam się spodoba i będziecie je czytać, tak jak to o Jessice i herosach z Wielkiej Siódemki :*