Słyszeliście może kiedyś takie powiedzenie, że co nas nie zabije, to nas wzmocni? Znając życie pewnie wymyślił je ktoś, kogo omal nie zabił katar sienny albo coś w tym stylu.
Tak naprawę to, co nas nie zabije, to nie wzmocni, tylko po prostu rozpierdoli psychicznie, a ja niestety przekonałam się o tym na własnej skórze.
Kiedy obudziłam się w samochodzie, wciśnięta pomiędzy Scotta i Davida wszystko jeszcze było dobrze. Mantikora została zgładzona przez Alexandra i Elisabeth, a Dave i Taylor w tym czasie przenieśli nas bezpiecznie do samochodu. Jeszcze nikt nie wiedział wtedy, że była to specjalna mantikora, która która odradza się raz na tysiąc lat a której jad powoduje powolne umieranie połączone ze strasznymi mękami i halucynacjami, a jedyne lekarstwo to pestki granatu z ogrodu Persefony.
Gdzieś tak w połowie drogi, kiedy ja zdążyłam już opowiedzieć wszystkim, co nas spotkało, Scott obudził się i zaczął kaszleć krwią. Nie martwiliśmy się, bo Dave powiedział, że, pewnie po prostu od upadku obiły mu się płuca i po kilku dniach powinno mu to przejść.
Nie brzmiało to zbyt wiarygodnie i teraz jak o tym myślę jestem prawie pewna, że mówił tak tylko po to, żebym się nie martwiła, ale Dave jest specjalistą od wszelkich możliwych chorób i ran (raz nawet udało złamać mu się nogę 7 miejscach, gdy spadł z klifu do morza, walcząc z minotaurem), więc postanowiłam mu zaufać.
Może wydać wam się to trochę dziwne, że w tak ważnej dla mnie kwestii jak życie brata, bo jakby nie patrzeć, Scott jest dla mnie jak brat, zaufałam człowiekowi którego znam dopiero od kilku (może kilkunastu, bo tutaj czas płynie inaczej) godzin, ale dla mnie dziwne jest to, jak można by mu nie zaufać.
Chociaż Dave jest synem Fobosa, określenie 'straszny' wogóle do niego nie pasuje. Już bardziej można o nim powiedzieć, że jest słodki, zabawny, uroczy - wszystko, tylko nie straszny.
Może dlatego, że da się bać kogoś, kto jest mojego wzrostu (a ja do najwyższych nie należę), ma wielkie, niewinne, piwne oczy, zupełnie jak Bambi, zadarty nos, kilka uroczych piegów i zawsze się uśmiecha, choćby nie wiadomo co się działo, a może dlatego, że jest takim słodkim nieogarem. Po prostu ma w sobie coś, co sprawia, że nie da się go nie lubić i nabiera się do niego zaufania w chwili, gdy tylko uśmiechnie się tym swoim uroczym uśmiechem lub otworzy usta, żeby coś powiedzieć.
Pewnie właśnie dlatego ojciec się do niego nie przyznaje, co jakoś mu nie przeszkadza.
Przez kolejne pół godziny nic się nie działo. Ja pisałam, Scott zmęczony walką spał z głową na moich kolanach (a ponieważ od czasu do czasu odkaszlał krwią, sami się domyślcie, jak teraz wyglądam), Dave czytał mi przez ramię, Elisabeth siedziała z przodu i flirtowała z Alexandrem, a Taylor słuchał muzyki na słuchawkach, patrząc na nich z zazdrością. Później jednak wszystko zaczęło się psuć.
Na drogę wyskoczył jakiś wielki, kudłaty czarny pies, z jarzącymi się na czerwono oczami. Gdyby nie to, że wszyscy go widzieli, byłabym prawie pewna, że mam halucynacje. To przecież nie mogła być prawda, prawda?
Niestety, było to najprawdziwsza prawda, a ja przekonałam się o tym już w chwili, gdy samochód został zepchnięty z drogi i wywrócony do góry nogami, a ja uwięziona pod kawałkiem blachy, trzymającej moje nogi i unieruchamiając dolną część ciała.
Zaczęłam wrzeszczeć o pomoc, próbując powstrzymać napływające mi do oczu łzy, jednak było to wyjątkowo trudne, bo metal boleśnie wbijał mi się w uda. Ciemność i wydobywający się z samochodu dym czarny też nie pomagały.
Nagle poczułam, jak coś łapie mnie za kaptur bluzy i wyciąga z samochodu. Poczułam rozdziarający ból w nogach, tam gdzie poprzednio blacha wbijała mi się skórę, jednak wszystko było lepsze od przebywania w tamtym klaustrofobicznym miejscu.
Moja radość nie trwała jednak długo, a mówiąc długo mam na myśli więcej niż kilka sekund. Dokładnie po takim czasie, gdy tylko wzięłam głęboki oddech, zaczął do mnie docierać okropny smród gnijacego mięsa.
Czyli nasz potworek najwyraźniej trzymał mnie w zębach.
- Możesz mnie łaskawie puścić, ty maszkaro jedna?! - krzyknęłam w przestrzeń, bezskutecznie próbując się wyszarpać. - Albo błagam, przynajmniej raz na jakiś czas zęby umyj, bo zanim zdążysz mnie zjeść, z niedotlenienia umrę! Niech ktoś mi wreszcie pomoże.
- Już księżniczko, już ci pomagan - usłyszałam głos Davida, który z trudem powstrzymywał się od śmiechu. A zaraz potem ciął mieczem.
Potwór, który mnie trzymał rozsypał się w złocisty pył, a ja sama spadłam na twardy chodnik, obcierając sobie przy okazji łokcie i kolana.
- Nic ci nie jest? - Dave podbiegł do mnie i delikatnie podniósł, pomagając wstać.
- Nie, chyba nie, a co? - uśmiechnęłam się, lekko zażenowana. Oczywiście nikomu innemu oprócz mnie nic się nie stało, tylko ja musiałam coś sobie zrobić.
- Na pewno wszystko w porządku? Krew spływa ci po twarzy - odpowiedział mi takim samym uśmiechem, przesuwając kciukiem po moim policzku i zmazując krew. - To chyba tylko niewielkie zadrapanie, powinno być w porządku.
- A pozostali? Scott..? - mój głos się załamał. Chociaż nie chciałam tego przyznać, bardzo martwiłam się o przyjaciela.
- Niestety - Dave zrobił autentycznie smutną minkę i spuścił wzrok.
- Co mu się stało? Czy on..? - spuściłam głowę, a po moich policzkach zaczęły spływać słone łzy, powodując nieprzyjemnie pieczenie, w miejscu, gdzie stykały się z raną.
- Nie, spokojnie, nic mu się nie stało, po prostu chciałem cię nastraszyć - Dave również płakał, tylko ze śmiechu. - Wyglądasz na twardzielkę, chciałem więc sprawdzić, czy to prawda i okazało się, że jednak nie. - uśmiechnął się chytrze. - Często tak płaczesz?
- Głupi jesteś! - walnęłam go łokciem w żebra, sama też prawie płacząc z poczucia ulgi. - Tylko podczas oglądania Króla Lwa, gdy Mufasa umiera, ale o tym wie tylko Scott i tak ma pozostać - spojrzałam na niego wyzywająco, spodziewając się drwiny, jednak on tylko uśmiechnął się i poczochrał mnie po i tak już rozczochranych włosach. Jego uśmiech jednak szybko znikł, gdy zobaczył coś, a raczej kogoś, kto zbliżał się do nas, ledwo powłócząc nogami i co jakiś czas zatrzymując się, aby wyrzygać około litra krwi. Postać była wysoka i szczupła, miała ciemniejszą karnację, czarne włosy i oczy w kolorze gorzkiej czekolady. Podarta koszula w kratkę pobrudzona była krwią i ropą, wypływającą z otwartej rany na brzuchu. Chociaż szła zgarbiona, trzymając jedną rękę przy ustach, starając się powstrzymać wymioty, a drugą uciekając ranę, od razu rozpoznałam w niej pewnego młodego chłopca z potwornym ADHD.
Zaczęłam płakać, wrzeszczeć i okładać pięściami Davida, który chyba chciał mnie trochę uspokoić, tak, jednak nic nie skutkowało. Nie byłam w stanie być spokojna, gdy człowiek bliższy mi nawet niż brat wykrwawiał się na moich oczach, rzygającą krwią i ropą.
W końcu chyba musieli dać mi coś na uspokojenie, bo nie pamiętam nic aż do momentu, gdy znalazłam się tutaj, w obozie, siedząc przy łóżku Scotta. Tam dziewczyna o imieniu Annabeth, podobno córka Ateny, opowiedziała mi wszystko o specjalnych mantikorach, ich morderczym jadzie i jedynem antidotum. Już prawie zaczynałam ją lubić, jednak wtedy usmiechnęła się smutno i powiedziała, patrząc z litością na bladego, kaszlacego krwią Scotta, że mogę się już z nim pożegnać, bo wyprawa do Podziemia jest czystym szaleństwem. Szczególnie, że jestem niedoświadczona i sama po drodze zginę, a do tego nie może dopuścić, bo trzeba ograniczać straty w ludziach. Jakby to były jakieś zasoby czy coś... No normalnie myślałam, że jej przyleję!
- To jest, cholera jasna, mój brat! - warknęłam, jednak mój wyraz twarzy złagodniał, gdy spojrzałam na Scotta. Kocham go z całego serca, razem dorastaliśmy i chociaż nie łącza nas więzy krwi, jesteśmy sobie bliżsi, niż gdybyśmy byli prawdziwym rodzeństwem. - Nie mogę pozwolić mu umrzeć, tylko dlatego, że ty chcesz ograniczyć zasoby ludzkie!
- Pragnę tylko przypomnieć, że on nie jest twoim bratem. Jak tylko dotarliście do obozu, do ciebie przyznała się Nike, bogini zwycięstwa, a do Scotta Zelos, bóg współzawodnictwa - powiedziała ze spokojem. - Nie jesteście nawet rodzeństwem.
Tego już było za wiele. Z czymś pomiędzy szlochem a dzikim rykiem rzuciłam się na nią z pięściami, powalając ją pięknym prawym sierpowym. Ona też nie była mi dłużna i już po chwili turlałyśmy się po podłodze, tłukąc się jak zawodowi kick-boxerzy.
Wydaje mi się, że szanse były w miarę wyrównane - Annabeth była starsza o kilka lat, większa, silniejsza i miała za sobą trening herosa, jednak ja byłam zwinniejsza, a lata w szkolnej reprezentacji lekkoatletycznej i doświadczenie w tego typu bójkach (mogę się założyć, że córka Ateny nigdy nie walczyła czymś innym niż sztyletem) działały na moją korzyść. Nie wiem, jak to by się skończyło, gdyby nagle ktoś nie złapał mnie za ramiona i podciągnął do tyłu. Po drugiej stronie inny ktoś zrobił tak samo z Annabeth.
- Zostaw mnie, pacanie jeden! - warknęłam, próbując wyrwać się Davidowi, który, jak się okazało, przez cały czas podsłuchiwał przez drzwi, spodziewając się takiej sytuacji. - Możesz się łaskawie nie wtrącać w nie swoje sprawy?
- Spokojnie, księżniczko, po prostu nie chciałem, żebyś mi tu rozerwała Annabeth na strzępy - posłał mi wymuszony uśmiech, cały czas mierząc córkę Ateny, która w chwili obecnej znajdowała się w ramionach drugiego ktosia, złowrogim spojrzeniem.
- Wyluzuj Dave, Ann nie jest aż taka beznadziejna w bijatykach - drugi ktoś wybuchnął śmiechem, wypuszczając Annabeth z ramion, na co ta zareagowała cichym parsknięciem i podając mi rękę. - Jestem Percy Jackson, syn Posejdona i chłopak tej tutaj obecnej córki Ateny. I muszę przyznać, że bijesz się lepiej niż nie jeden chłopak.
- Dzięki - burknęłam, również podając mu rękę. - Jacqueline McCall, córka Nike i siostra tego tutaj obecnego Scotta, którego twoja dziewczyna ma zamiar poświecić, aby oszczędzić kapitał ludzki czy coś w tym stylu.
- Co? - drugi ktoś alias Percy Jackson, syn Posejdona spojrzał na córkę Ateny z widocznym przerażeniem. - Uważasz, że jak ktoś ma małe szanse na przeżycie, to należy go poświecić? Trzeba od razu zorganizować misję do Hadesu, może Nico pomoże i...
- Percy! - dziewczyna przerwała mu gwałtownie. - Nie ma szans na przeżycie. Żadnych.
- I nic, ale to absolutnie nic nie da się zrobić? - spojrzałam na nią z mordem w oczach, jakbym rzeczywiście chciała ją zabić (i uwierzcie mi, że chciałam, tylko Dave mnie przytrzymał).
- Umrze w ciągu kilku następnych dni - spojrzała na mnie smutno. - Przykro mi.
Widać było, że wcale nie jest jej przykro, ale ze względu na Perciego starała się chociaż udawać. Ale ja wiedziałam swoje, Scott przeżyje, jeśli tylko da się mu lekarstwo, więc muszę mu je dostarczyć.
No bo jeśli on umrze, to kto będzie sie mną opiekował i robił mi kanapki z szynką i jabłkiem? Ej, ludzie, to jest naprawde dobre! A Scott robi najlepsze kanapki z szynką i jabłkiem na świecie! Ja bez niego nie przeżyje więcej, niż kilka godzin!
No więc sami widzicie, muszę go uratować, wszystko jedno, co sobie myśli Annabeth. Jestem w końcu córką bogini zwycięstwa, co może pójść nie tak?
~~~~~
Oto przed wami, po trochę długiej przerwie, nowy rozdział tego opowiadania :) Wiem, że trochę pogmatwany i dalej nie wyjaśniłam, kim są Alexander, Elisabeth i Taylor, ale wyjaśnię to w najbliższych rozdzialach ;) I oczywiście musiał być jeszcze musiałam dodać Perciego Jacksona alias drugiego ktosia, głupia Annabeth i (wspomniany) Nico :3
Mam nadzieje, że wam się spodoba i zapraszam do czytania i komentowania ;*
zajebiste *.*
OdpowiedzUsuńDavida juz wielbie. jest sweet!!!
NICO!!!!!!! <3 jak tu go nie kochac?
Anabeth niech zgnije w Tartarze!!! nie lubie jej -,-
a tu byl Percy a w bohaterach przypadkiem nie ma Logana wzietego na kogos innego? czy cos mi sie tylko ubzduralo?
zycze duuuuzo weny, masla orzechowego, nutelli i zelkow
Laciata<3
p.s te kanapki z szynka i jablukiem to tak na serio dobre sa? :D
Dziękuję, fajnie, ze ci się podoba ;*
UsuńDavid ma być lekko szurnięty, ale sweet też, więc to dobrze, że tak wyszło ;) I ogólnie kocham tego aktora, co go gra XD
O Nico będzie pewnie tylko kilka zdań, więc aż tak się nim nie podniecaj ;P
Annabeth jest głupia, też jej nie lubię -.-
A Perciego w bohaterach nie ma, bo dałam tam tylko 6 głównych bohaterów, ale w opowiadaniu raz na jakiś czas będzie się pojawiał, tylko, że to wszystko dzieje się 3 lata po OH, więc teraz ma 20 lat i pomaga bardziej jako instruktor szermierki, a Annabeth uczy starożytnej greki ;) A Loganem w bohaterach jest Taylor XD
Dzięki za wenę, masło orzechowe, nutellę i żelki ;*
PS.: ONE SĄ ZAJEBISTE!!! Z szynką i winogronami zresztą też ;)
Fuu... Szynka z jabłkiem? Jakoś mi nie pasuje... Szczególnie, że jestem wegetarianką ;P
OdpowiedzUsuńSiedzę sobie na tarasie i słucham śpiewu ptaków i krzyku siostry spadającej z drzewa i ogólnie jest super. Paczę a tu u Ciebie nowy rozdział! I jestem jeszcze bardziej szczęśliwa! ;P
Jaki słodki ten David <3 Chciaż imię kojarzy mi się z takim jednym idiotą z obozu na którym byłam w zeszłe wakacje, ale i tak jest słodki <3
Percy taki fajny ^^ A Annabeth jest na wskroś zła i życzę jej jeszcze jednej wycieczki do Tartaru bez biletu na powrót! -,-
Takie smutne to, że Scott prawie umiera :'( Mam nadzieję, że go wyratujesz! To znaczy... Ja wiem, że on pewnie nie może zginąć, bo przecież jest jednym z głównych bohaterów, ale i tak błagam. NIE ZABIJAJ GO!!! :'( :'(
Szkoda, że o Nico będzie mało... A będą jeszcze inni bohaterowie z OH (tacy jak LEO <3)? Plose.... ^^
Mam nadzieję, że wyjaśnisz w następnym rozdziale o co chodzi z tymi innymi osobami... :)
Pozdrawiam, weny życzę i żelków i nutelli i masła orzechowego i czasu i czego tam jeszcze trzeba, żeby napisać szybko następny piękny rozdzialik,
Spite
Bardzo dziękuje :3
UsuńA szynka z jabłkiem jest zajebista! No chyba że jesteś wegetarianką, wtedy same kanapki z jabłkiem, bez szynki ;P Gorąco polecam ;*
Kanapki z sznynka i jabłko bleeeeee ;P a Dave sweet <3 fajny blog :)
OdpowiedzUsuńDzięki ;)
Usuń